piątek, 19 czerwca 2015

Kayla Summer Seasons 2003

Lato puka do drzwi, a wraz z nim laleczka: Kayla Summer, kolejna moja panna z serii Seasons z 2003 roku. Kupiłam okazyjnie, bo miała plamkę na czole. Sprzedający twierdził, że nieusuwalną i niestety miał rację. Ale i tak jest słodka:




Zdjęcie w pudełku z ebaya. Chorujemy nadal.
Diagnoza - wirusowe zapalenie ostrzeli.
Nie miałam pojęcia, że taka choroba istnieje, płuca można sobie wypluć!
Cóż, moja wiedza medyczna znacznie się poszerzyła w ciągu ostatniego roku szkolnego.
Dla moich dzieci to już wakacje - w przyszłym tygodniu raczej do szkoły już nie pójdą.
Klnę w dwóch językach. R. uczy mnie przekleństw w jeszcze jednym.
Dwa miesiące wakacji, a potem, od września - chorowanie od nowa?
Obiecuję sobie, że poruszę ten temat na pierwszym zebraniu w szkole, że może komuś przemówię do rozsądku, że posyłanie chorych dzieci do szkoły to nie jest rozwiązanie, a przymykanie oczu przez szkołę na fakt, że dziecko kaszle i smarka jest nie do przyjęcia.
Ale szkoła nie zajmuje się leczeniem dzieci. W moich czasach ewidentnie chore dziecko wędrowało do szkolnej higienistki i stamtąd musieli odebrać je rodzice. W szkole moich dzieci pani "pielęgniarka" zajmuje się chyba wyłącznie kompletowaniem papierków - jedyny jej kontakt ze mną był z powodu brakującego bilansu sześciolatka, który powinien wystawić lekarz pierwszego kontaktu.
Świat się zmienił.
Rano okazuje się, że dziecko jest chore, a mama ma w tym dniu ważne spotkanie. Co robić? Dziecko naszpikowane lekarstwami wędruje do szkoły.
Kiedy choroba się rozwija - antybiotyk, który stawia na nogi w trzy dni. I jak najszybciej z powrotem do szkoły, co z tego, że nie doleczone, że wciąż kaszle?
Kiedyś zapytałam mamę zasmarkanej koleżanki moich synów, czy jej córka nie jest przypadkiem chora.
Odpowiedziała spojrzeniem węża i zdawkowym "to alergia".
A w ogóle katar to nie choroba i żadne przeciwskazanie, żeby opuszczać szkołę. To też zasłyszana opinia. 
Ale ten "niechorobowy" katar jest zaraźliwy jak jasna cholera.
"Bo dzieci muszą się wychorować"
Znam dziecko, które jak zaczęło chorować w przedszkolu - choruje do dziś, pomimo, że jest w połowie szkoły podstawowej. W międzyczasie chłopak nabawił się astmy i problemów z nerkami.
Chorowanie co miesiąc nie pozostaje obojętne dla zdrowia. 
A jeszcze bardziej - comiesięczne kuracje antybiotykowe. 
Ale co ja tam wiem. 
Ja mam komfortowo. Siedzę w domu, mogę zostać z chorymi dziećmi. Mogę bawić się w naturalne metody leczenia. Żaden szef nie zwróci mi uwagi, że to już piąte L4 w tym roku. 
Czy ja mam komfortowo?
W dzisiejszych czasach - jak nie robisz kariery - to nie żyjesz. Trzeba spłacać kredyt na mieszkanie i wymieniać samochód co 4-5 lat. Trzeba pojechać na egzotyczne wakacje. Trzeba mieć to i tamto. A oprócz tego trzeba mieć dziecko. A temu dziecku zapewnić wszystko. Drogie gadżety, żeby nie czuło się gorsze. Dodatkowe lekcje francuskiego, balet, jazdę konną i tenis.
Kilka tygodni temu załatwiałam sprawę urzędową, chłopcy byli w szkole, ale córkę zabrałam ze sobą. Ponieważ byłam z dzieckiem, wywiązała się pogawędka z panią - i od słowa do słowa - jak to trudno pogodzić w dzisiejszych czasach pracę i opiekę na dzieckiem, a dziadkowie albo sami pracują, albo na drugim końcu Polski. Pozostaje opiekunka - stwierdziła moje rozmówczyni. Chciałam zadać pytanie retoryczne "po co mieć dziecko, żeby potem wychowywała je obca osoba?" Nie zadałam. Pani była w tym wieku, że mogła mieć małe dzieci. Albo by nie zrozumiała, albo zrobiłabym jej przykrość.
W życiu trzeba dokonywać wyborów. Ustalić priorytety. Nie można mieć wszystkiego.
Mój mąż zarabia nieźle, ale nie stać nas na wiele rzeczy. Może nie tyle nie stać - my ich po prostu nie kupujemy. Nie są dla nas najważniejsze. Każde z nas ma jakieś swoje priorytety, hobby - ja mam moje lalki - ale mamy też przekonanie, że nie musimy kierować się powszechnymi wzorcami, co trzeba mieć i jak żyć. Niektórzy mają nas za wariatów. Trudno. 
Chciałabym tylko, żeby dzieci tych "normalnych" ludzi nie zarażały moich dzieci. 

6 komentarzy:

  1. Przeczytałam "od deski do deski" Twój post (zresztą zawsze to robię) i muszę, a właściwie chcę się z Tobą zgodzić. Masz słuszność w sprawie posyłania chorych dzieci do szkoły, w temacie narażenia się szefowi, robienia kariery itd. Najtrudniejsze w życiu to podejmowanie odpowiednich decyzji, aby kiedyś, za parę lat jednak nie żałować.... i to w każdej kwestii...
    Pozdrawiam i życzę dużo, dużo zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  2. Życzę dużo zdrowia i cierpliwości.

    Panienka ma czadowe okulary, chyba pożyczyła od pierwszej Barbie i przemalowała na cukierkowo :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to zawsze się przyda :-) Panienka widzi świat wyłącznie na różowo ;-)

      Usuń
  3. ja też patrzę na świat przez różowe okulary :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy normalność to kwestia statystyki? Ponoć. Tak jak z tym pacyfistą w wojnę. Przecież nie wypada nie strzelać, skoro robią to wszyscy ;-)
    Na opis dzisiejszej szkoły, brak słów w naszym, bogatym języku. Boję się, że Twoje dzieci będą miały zniszczone wątroby, jak ja od nadmiaru antybiotyków w młodym wieku. Niech tych cholernych rodziców coś w mózg kopnie!
    Nie można mieć wszystkiego. To prawda. Ważne by mieć cokolwiek z tego, do czego się dążyło. Najgorzej, gdy nie ma się nic...
    A laleczkę musisz koniecznie w coś ubrać, bo ona zmarznie przy takiej pogodzie!!! I też będzie chora ;-)

    OdpowiedzUsuń

Walking Cat