Ten post piszę na raty od tygodnia. Wciskając kolejne akapity i zdjęcia pomiędzy odpływami dostępu do sieci oraz przypływami weny i wolnego czasu.
Oto lalkowi odpowiednicy dzielnych młodych detektywów zmagających się z wszelkiej maści upiorami, wampirami i potworami - w ramach składania hołdu kultowym serialom animowanym, Mattel wydał w 2003 roku serię laleczek Kelly Scooby Doo:
Zdjęcie z sieci:
Dotychczas na blogu prezentowałam tylko Velmę. Jak widać brakuje mi jeszcze Kudłatego, który w wersji mattelowskiej jest bardzo ugrzeczniony (uczesany).
Halloween przestało szokować swoją niestosownością. Okazało się, że rzeczy ostateczne można oswajać humorem.
W konwencję straszenia "nie całkiem na serio" wpisują się filmy o Scoobym, bo upiory, z którymi zmagają się główni bohaterowie mają zawsze racjonalne wytłumaczenie.
Odkąd mam lalki sama patrzę na Halloween łaskawszym okiem, bo jaka mnogość i różnorodność lalkowego bytu by mnie ominęła, gdyby nie było tego święta?
O moich stricte halloweenowych lalkach Kelly możecie poczytać klikając w tag "Halloween"
Mam nieuleczalną słabość do Scooby'ego - choć Scooby do najmądrzejszych psów nie należy, a jego żarty nie zawsze trafiają w wysublimowany gust wrażliwego odbiorcy. Lubię barwny, hipisowski styl czwórki głównych bohaterów.
W dzieciństwie panicznie bałam się psów. Zwłaszcza dużych psów.
Kiedy miałam 5 lat, wyskoczył na mnie z ciemnej windy (takie czasy, że ludzie wykręcali żarówki, których w sklepach po prostu nie można było kupić) zdezorientowany i zdenerwowany bokser.
Historię znam bardziej z opowiadań, bo jej nie pamiętam, ale lęk pozostał.
Wcześniej podobno należałam do dzieci, które wędrują z wyciągniętą rączką do każdego napotkanego psa, po tamtym zdarzeniu każdego obchodziłam szerokim łukiem.
Od wielu lat w moim mieście stoi niedokończony wieżowiec, stanowiąc wątpliwą wizytówkę i punkt orientacyjny.
Będąc już nastolatką wybrałyśmy się z kuzynką zwiedzać ów przybytek. Dotarłyśmy chyba na szóste piętro, dalej klatka schodowa zablokowana była kolczastym drutem.
W sumie dobrze, że nie dotarłyśmy wyżej - kilka dni później w gazecie pojawiła się wzmianka o ludzkich szczątkach znalezionych na jednym z wyższych pięter. Prawdopodobnie był to bezdomny, który zamarł jeszcze zimą. Wątpliwy widok dla dwóch nastolatek.
W drodze powrotnej spotkałyśmy jedynego stróża budynku - dożartego owczarka.
My w nogi, on za nami.
I wówczas niczym nagłe olśnienie spłynęły na mnie wielokrotnie powtarzane słowa mojej babci "nie uciekaj przed psem, bo zawsze będzie cię gonił". Zatrzymałam się. Bestia pognała dalej za kuzynką i przegoniła ją jeszcze dobre kilkaset metrów.
Poczułam się, jak to nieraz bywa w tym wieku, wszechmocna. Z pogardą minęłam powracającego z nieudanych łowów, zziajanego owczarka. Od tamtej pory mój lęk w stosunku do psów całkowicie się ulotnił.
W swoim czasie zaraziłam sympatią do Scooby'ego moich synów i całymi dniami biegali po mieszkaniu udając zombie, Kudłatego i jego kultowego psa.
Po pewnym czasie mój mąż, któremu filozofia życiowa Scooby'ego, a przede wszystkim jego sztandarowy okrzyk mocno działały na nerwy, zaczął się buntować i zarządził reglamentację serialu.
Eee, tam, oglądaliśmy po kryjomu ;-)
Oczywiście, dzieci szybko wyrastają, dorośli nie wyrastają wcale.
Nie wyrosłam z lalek, choć częstotliwość publikowania postów na blogu drastycznie mi spadła.
Nie będę pisać o kolejnych okolicznościach, które skutecznie odciągają mnie od lalkowania. Przecież to normalne życie. Różne rzeczy się zdarzają. Dobre. Złe. Nijakie.
Kiedyś pomiędzy tymi okolicznościami potrafiłam znaleźć czas dla lalek - teraz przychodzi mi to trudniej, albo nie zdarza się wcale.
Czy to zmierzch mojego hobby?
Mam nadzieję, że nie.
Tylko marudzę.
Mam nadzieję, że tak :-)
Czasem próby przyśpieszenia czegoś są jak bieg w jadącym pociągu - dzięki temu nie dojedzie się szybciej na miejsce. Trzeba przeczekać. A to nigdy nie było moją mocną stroną. Może z uciekaniem od problemów jest trochę jak z ucieczką przed psem? Kiedy się zatrzymujemy - czasem problem przebiega obok i próbuje dopaść kogoś innego?
Część lalkowej sesji w jesiennym słońcu (którym tegoroczna jesień obdarowuje nas wyjątkowo oszczędnie)
I druga ze "strasznymi" zabawkami - w tej roli figurki Lego moich synów:
Kruszą serca swoim niekwestionowanym urokiem. Mają niecałe 11 cm. Mogą być zajączkiem, kotkiem, księżniczką lub po prostu małą dziewczynką. Mattelowskie małe siostry Barbie, których produkcja ustała w 2009 roku. To o nich jest ten blog. Jestem ich zbieraczką, a także matką, żoną, kobietą z "dziestką" na karku... która wciąż szuka i próbuje pokochać małą dziewczynkę w sobie.
niedziela, 6 listopada 2016
poniedziałek, 26 września 2016
Rzecz o kocie... z lalkami w tle.
Bardzo długo mnie nie było. Praktycznie przez ostatni miesiąc prawie nie zaglądałam do blogosfery. A oto powód:
Powód w chwili przybycia miał około 2 miesięcy, teraz ma już prawie trzy.
Trzeba przyznać, że zawłaszczył naszą uwagę niepodzielnie. Jest KOT, a wszystkie inne sprawy gdzieś na marginesie.
Mieliśmy już jednego kota: 12-letnią kocią dziwaczkę, która nikomu, oprócz mnie, nie pozwala się głaskać i przez pierwsze 11 lat swojego życia cierpiała na ADHD, a ostatni rok spędza przeważnie udając koci posążek. Pierwszą reakcją mojej starszej kocicy na widok nowego członka rodziny była, a jakże, ucieczka. W zasadzie mogłam się tego spodziewać, ucieka nawet przed nakręcaną myszą.
Nowy członek rodziny jest kotką, bo nie chciałam kocura - kwestia kastracji wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Co oczywiście nie przeszkodziło, by dzieci nadały jej wymarzone w ich przekonaniu imię dla czarnego kota: Pirat.
Kota chciały dzieci. No dobrze, ja też. Miałam już dwa koty i było fajnie, ale miały one bardzo bliskie relacje.
A tym razem - koty łaskawie się tolerują. Miłości chyba nie będzie.
Przeważnie nie wchodzą sobie w drogę, starsza kocica śpi w naszej sypialni, Pirat(ka) zamieszkała w pokoju dzieci, po czym otrzymała tymczasową eksmisję do przedpokoju, bo kociak całymi nocami poluje na niewidzialne myszy. Robi bałagan i hałas większy niż trójka moich dzieci za dnia.
Zapomniałam już, jak to jest mieć w domu niemowlę.
Miała być przyuczona do kuwety. Taaa... Ogólnie wiadomo, że kot jak już coś zrobi to MUSI zakopać. Ale jak się okazało, z równym powodzeniem można zakopać np. w pudle z klockami. Albo pod kocykiem dla lalki...
Kultura jedzenia kociaka też pozostawia wiele do życzenia. Najpierw wyrzuca wszystko z miski. Potem wygrzebuje to, co w jej mniemaniu nadaje się do spożycia posługując się niezrozumiałym dla mnie kluczem. A poza tym poluje na niedojedzone resztki - nasze talerze po posiłku muszą być natychmiast umyte i odstawione do szafki.
Jest wszystkożerna, bo co można pomyśleć o kocie, który je szpinak? I na dodatek nie zwraca? Moja starsza kocica zwraca wszystko, co nie jest karmą i to tylko jednego producenta.
Ale co tam, wyrośnie.
Kotka jest rezolutna i daje się chętnie głaskać, dzieci są zachwycone, a ja tylko czasami wydaję ciche westchnienie na widok pokrywających się kurzem półek z lalkami: "znowu musicie poczekać"
Osoby, którym udało się przebrnąć przez ten długi koci wstęp zapraszam na prezentację trzech dziewczynek utrzymanych jeszcze w klimacie lata, które niestety, już nas opuściło.
Słonecznik to klonik Kelly, skromny, ale dość sympatyczny, niestety cierpi na całkowity brak włosów pod czapeczką - kwiatem.
Laleczka budzi przez to smutne skojarzenia i pewnie wkrótce doczeka się flokowania.
Zachowały się, trochę nadwyrężone narzędzia do pracy w ogródku:
Zdjęcie z sieci:
I jeszcze porównanie z niewątpliwie bardziej dopracowaną Melody Li'l Flower z 2002 r.:
Ciemnoskóra, obdarzona obfitymi lokami Nia pochodzi z 1998 (pierwsza tego imienia, Playtime Nia, seria Adventures with Li'l Friends of Kelly). Kupiłam ją między innymi dlatego, że wyposażona była w dodatkowe, identyczne ubranko:
Zdjęcie ze strony lilfriends.net:
Na wspomniane oryginalne ubranko czekała jej "mleczna siostra", obdarzona orientalną urodą Playtime Jenny (wydana w 1998 r. wyłącznie na rynek europejski), Jenny kupiłam kilka lat temu, zabiedzoną i nagą. Włosy niestety nie udało się doprowadzić do lepszego stanu.
I znów zdjęcie ze strony lilfriends.net:
Mam nadzieję, że (kot pozwoli) i uda mi się zamieścić następny post wcześniej niż za kolejny miesiąc. Póki co proszę o wyrozumiałość :-)
Powód w chwili przybycia miał około 2 miesięcy, teraz ma już prawie trzy.
Trzeba przyznać, że zawłaszczył naszą uwagę niepodzielnie. Jest KOT, a wszystkie inne sprawy gdzieś na marginesie.
Mieliśmy już jednego kota: 12-letnią kocią dziwaczkę, która nikomu, oprócz mnie, nie pozwala się głaskać i przez pierwsze 11 lat swojego życia cierpiała na ADHD, a ostatni rok spędza przeważnie udając koci posążek. Pierwszą reakcją mojej starszej kocicy na widok nowego członka rodziny była, a jakże, ucieczka. W zasadzie mogłam się tego spodziewać, ucieka nawet przed nakręcaną myszą.
Nowy członek rodziny jest kotką, bo nie chciałam kocura - kwestia kastracji wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Co oczywiście nie przeszkodziło, by dzieci nadały jej wymarzone w ich przekonaniu imię dla czarnego kota: Pirat.
Kota chciały dzieci. No dobrze, ja też. Miałam już dwa koty i było fajnie, ale miały one bardzo bliskie relacje.
A tym razem - koty łaskawie się tolerują. Miłości chyba nie będzie.
Przeważnie nie wchodzą sobie w drogę, starsza kocica śpi w naszej sypialni, Pirat(ka) zamieszkała w pokoju dzieci, po czym otrzymała tymczasową eksmisję do przedpokoju, bo kociak całymi nocami poluje na niewidzialne myszy. Robi bałagan i hałas większy niż trójka moich dzieci za dnia.
Zapomniałam już, jak to jest mieć w domu niemowlę.
Miała być przyuczona do kuwety. Taaa... Ogólnie wiadomo, że kot jak już coś zrobi to MUSI zakopać. Ale jak się okazało, z równym powodzeniem można zakopać np. w pudle z klockami. Albo pod kocykiem dla lalki...
Kultura jedzenia kociaka też pozostawia wiele do życzenia. Najpierw wyrzuca wszystko z miski. Potem wygrzebuje to, co w jej mniemaniu nadaje się do spożycia posługując się niezrozumiałym dla mnie kluczem. A poza tym poluje na niedojedzone resztki - nasze talerze po posiłku muszą być natychmiast umyte i odstawione do szafki.
Jest wszystkożerna, bo co można pomyśleć o kocie, który je szpinak? I na dodatek nie zwraca? Moja starsza kocica zwraca wszystko, co nie jest karmą i to tylko jednego producenta.
Ale co tam, wyrośnie.
Kotka jest rezolutna i daje się chętnie głaskać, dzieci są zachwycone, a ja tylko czasami wydaję ciche westchnienie na widok pokrywających się kurzem półek z lalkami: "znowu musicie poczekać"
Osoby, którym udało się przebrnąć przez ten długi koci wstęp zapraszam na prezentację trzech dziewczynek utrzymanych jeszcze w klimacie lata, które niestety, już nas opuściło.
Słonecznik to klonik Kelly, skromny, ale dość sympatyczny, niestety cierpi na całkowity brak włosów pod czapeczką - kwiatem.
Laleczka budzi przez to smutne skojarzenia i pewnie wkrótce doczeka się flokowania.
Zachowały się, trochę nadwyrężone narzędzia do pracy w ogródku:
Zdjęcie z sieci:
I jeszcze porównanie z niewątpliwie bardziej dopracowaną Melody Li'l Flower z 2002 r.:
Ciemnoskóra, obdarzona obfitymi lokami Nia pochodzi z 1998 (pierwsza tego imienia, Playtime Nia, seria Adventures with Li'l Friends of Kelly). Kupiłam ją między innymi dlatego, że wyposażona była w dodatkowe, identyczne ubranko:
Zdjęcie ze strony lilfriends.net:
Na wspomniane oryginalne ubranko czekała jej "mleczna siostra", obdarzona orientalną urodą Playtime Jenny (wydana w 1998 r. wyłącznie na rynek europejski), Jenny kupiłam kilka lat temu, zabiedzoną i nagą. Włosy niestety nie udało się doprowadzić do lepszego stanu.
I znów zdjęcie ze strony lilfriends.net:
Mam nadzieję, że (kot pozwoli) i uda mi się zamieścić następny post wcześniej niż za kolejny miesiąc. Póki co proszę o wyrozumiałość :-)
środa, 17 sierpnia 2016
Keeya Kwanzaa x 2. W krzakach.
Trochę czasu nie było mnie w blogosferze. Udało mi się wyrwać na krótki urlop, skończyć czterdzieści lat i zwichnąć bark. Fachowo nazywa się to zwichnięcie stawu ramiennego i w dzień nawet można z tym żyć. W kość daje przede wszystkim nocą. Dzięki temu dane mi było obejrzeć kilka malowniczych wschodów słońca.
Niestety czasy, kiedy można było nad ranem posiedzieć w ogródku bez ryzyka zmarznięcia na kość wydają się przemijać na dobre. Szkoda, że lato mija tak szybko, choć muszę przyznać, że w tym roku zarówno moje lalki, jak i ja, niewiele czasu spędzałyśmy poza ogródkiem. Ja nie odczuwałam większej potrzeby wyjazdów, a moje lalki - cóż, biedactwa nie mają wyboru.
W zeszły weekend dwie z nich, czarnoskóre siostry, wreszcie zabrałam na krótki wypad za miasto, w "krzaki".
Ta w żółtym ubranku bardziej mi się podoba i mam ją dłużej, ale była reedycją z 1998 r. Pisałam o niej tutaj. Pierwszą, wydana w 1997 r. była Keeya na różowo, z nielubianym przeze mnie, choć trzeba przyznać, że harmonizującym ze strojem kolorem ust.
Dlaczego lalki nie rosną na drzewach?
Niestety czasy, kiedy można było nad ranem posiedzieć w ogródku bez ryzyka zmarznięcia na kość wydają się przemijać na dobre. Szkoda, że lato mija tak szybko, choć muszę przyznać, że w tym roku zarówno moje lalki, jak i ja, niewiele czasu spędzałyśmy poza ogródkiem. Ja nie odczuwałam większej potrzeby wyjazdów, a moje lalki - cóż, biedactwa nie mają wyboru.
W zeszły weekend dwie z nich, czarnoskóre siostry, wreszcie zabrałam na krótki wypad za miasto, w "krzaki".
Ta w żółtym ubranku bardziej mi się podoba i mam ją dłużej, ale była reedycją z 1998 r. Pisałam o niej tutaj. Pierwszą, wydana w 1997 r. była Keeya na różowo, z nielubianym przeze mnie, choć trzeba przyznać, że harmonizującym ze strojem kolorem ust.
Dlaczego lalki nie rosną na drzewach?
niedziela, 24 lipca 2016
Desiree i Lorena Surfer z serii Kelly Club 2000 r.
Wreszcie mamy lato. Oczywiście, to kalendarzowe mamy od dawna, ale dotąd pogoda kaprysiła i nie sprzyjała "rozbieranym" sesjom lalek.
Czy tylko mnie wydaje się, że lalki marzną?
Przedstawiam kolejnego czarnoskórego kwiatuszka od Mattela, Desiree z roku 2000 r. z serii o nazwie po prostu Kelly Club:
Nie wiedzieć czemu laleczka nosi przydomek Surfer, a posiadała w zestawie... zabawki do piasku (?)
Panna ma zginane kolana, dzięki czemu siedzi dość stabilnie, może nawet majdać nogami. Szkoda, że Mattel tak rzadko obdarowywał Kelly tą skromną funkcjonalnością. Niestety, stoi tylko podparta - czemu winne są buty - dość oryginalne i całkiem niestabilne klapki.
I jeszcze zdjęcia w towarzystwie pokazywanej już na blogu "bliźniaczka" Desiree - rudowłosej Lorena Surfer:
Która ładniejsza?
Może nie trzeba wybierać?
A tak prezentowały się w pudełkach (źródło: www.lilfriend.net)
poniedziałek, 11 lipca 2016
Kelly The Flintstones 2003 i 2008
Beztroski jest żywot jaskiniowca - przynajmniej takiego lalkowego.
Bo prehistoryczni, jak wiadomo, mieli przechlapane.
Laleczki nawiązują do kultowego serialu studia Hanna-Barbera i szczęśliwie udało mi się zebrać wszystkich Flintstonów w wersji Kelly: z 2003 r. (na rynek wyszła czwórka głównych bohaterów w pojedynczych pudełkach) i 2008 r. (dwupak z ich potomstwem)
Od lewej: Pebbles, Fred, Wilma, Barney, Betty, Bam Bam:
Brakowało mi Betty, resztę maluchów już pokazywałam na blogu.
Żeby pozostać w klimacie, prezentacji kompletnego zestawu lalek towarzyszą dinozaury Lego - o ile dobrze pamiętam główni bohaterowie mieli "psozaura".
To moje ulubione zwierzęta z Lego.
Sprawdzają się zarówno w roli wierzchowców:
Jak i wiernych psów, skorych do zabawy i spragnionych pieszczot:
Na koniec zdjęcia laleczek w pudełkach ze strony lilfriends.net:
Bo prehistoryczni, jak wiadomo, mieli przechlapane.
Laleczki nawiązują do kultowego serialu studia Hanna-Barbera i szczęśliwie udało mi się zebrać wszystkich Flintstonów w wersji Kelly: z 2003 r. (na rynek wyszła czwórka głównych bohaterów w pojedynczych pudełkach) i 2008 r. (dwupak z ich potomstwem)
Od lewej: Pebbles, Fred, Wilma, Barney, Betty, Bam Bam:
Brakowało mi Betty, resztę maluchów już pokazywałam na blogu.
Żeby pozostać w klimacie, prezentacji kompletnego zestawu lalek towarzyszą dinozaury Lego - o ile dobrze pamiętam główni bohaterowie mieli "psozaura".
To moje ulubione zwierzęta z Lego.
Sprawdzają się zarówno w roli wierzchowców:
Jak i wiernych psów, skorych do zabawy i spragnionych pieszczot:
I mają lepszą artykulację niż Kelly ;-)
poniedziałek, 4 lipca 2016
Red, White & Cute 2003. Laleczki okolicznościowe na 4 lipca.
Przynajmniej raz udało mi się zdążyć z postem na czas - dziś 4 lipca, amerykańskie Święto Niepodległości, więc przedstawiam trzy panny z serii wydanej na tę okoliczność: Red, White & Cute z 2003 r. Oto Kelly, Belinda i Liana:
Stroje dziewczynek są dość swobodnym nawiązaniem do barw narodowych USA i dlatego mi się podobają - może najmniej ta kusa, odsłaniająca brzuch bluzeczka Belindy, ale takich klimatów w ogóle nie lubię, a zwłaszcza w wydaniu dziecięcym. Dosłowność byłaby zbyt kiczowata, tak jak i z dużą ostrożnością podchodzę do osób, które zbyt dosłownie traktują słowo "patriotyzm", nierozerwalnie wiążąc z innymi, mniej wzniosłymi słowami.
Bo kochać jest pięknie, ale kochając zbyt zaborczo można kogoś skrzywdzić... ale to już moje osobiste, nie zawsze przyjemne doświadczenia wnuczki cudzoziemki i żony obcokrajowca.
Dziewczyny jak zwykle z drugiej ręki, u ciemnowłosej Belindy poskutkowało to bliznami na twarzy - przytartym noskiem i plamą na policzku, której jak dotąd nie udało się wywabić.
Zdjęcia w ogrodzie natomiast poskutkowały znalezieniem niezwykłego pióra.
Zdjęcie tego nie oddaje, ale pióro nie jest kruczoczarne, lecz mieni się tęczowo, od zieleni po fiolet.
Moi synowie są zachwyceni, bo od początku wakacji zbierają pióra ptaków na indiańskie opaski - laleczkom również pióro zdaje się podobać, przecież rdzennym strojem USA jest właśnie strój indiański, a nie szalone improwizacje na temat czerwieni, bieli i granatu.
W serii była jeszcze czarnoskóra Deidre, poniżej skradzione z sieci zdjęcie całej czwórki:
Stroje dziewczynek są dość swobodnym nawiązaniem do barw narodowych USA i dlatego mi się podobają - może najmniej ta kusa, odsłaniająca brzuch bluzeczka Belindy, ale takich klimatów w ogóle nie lubię, a zwłaszcza w wydaniu dziecięcym. Dosłowność byłaby zbyt kiczowata, tak jak i z dużą ostrożnością podchodzę do osób, które zbyt dosłownie traktują słowo "patriotyzm", nierozerwalnie wiążąc z innymi, mniej wzniosłymi słowami.
Bo kochać jest pięknie, ale kochając zbyt zaborczo można kogoś skrzywdzić... ale to już moje osobiste, nie zawsze przyjemne doświadczenia wnuczki cudzoziemki i żony obcokrajowca.
Dziewczyny jak zwykle z drugiej ręki, u ciemnowłosej Belindy poskutkowało to bliznami na twarzy - przytartym noskiem i plamą na policzku, której jak dotąd nie udało się wywabić.
Zdjęcie tego nie oddaje, ale pióro nie jest kruczoczarne, lecz mieni się tęczowo, od zieleni po fiolet.
Moi synowie są zachwyceni, bo od początku wakacji zbierają pióra ptaków na indiańskie opaski - laleczkom również pióro zdaje się podobać, przecież rdzennym strojem USA jest właśnie strój indiański, a nie szalone improwizacje na temat czerwieni, bieli i granatu.
W serii była jeszcze czarnoskóra Deidre, poniżej skradzione z sieci zdjęcie całej czwórki:
Subskrybuj:
Posty (Atom)